Podstawą biznesu
jest dobra komunikacja. I przedmiot biznesu – przemysł, usługi, produkcja. Ale
bez komunikacji możemy sobie produkować i świadczyć usługi ile chcemy, a nic
nie sprzedamy – takie czasy.
Dzisiejszy biznes
odbywa się po angielsku – nie zawsze tak było, chociaż ten stan rzeczy rozwijał
się przez długie stulecia, odkąd statki z anglojęzyczną (lub mniej więcej
anglojęzyczną) załogą zaczęły przybijać do wybrzeży Chin w celach handlowych –
a właściwie jeszcze wcześniej. A dodatkowo wysiłki takich organizacji jak
British Council doprowadziły w XXw. do zminimalizowania znaczenia języka
francuskiego w dyplomacji, do zmarginalizowania świetnie rozwijającego się esperanto
i wypchnięcia na czoło języka angielskiego. Najwięcej ludzi na świecie
posługuje się językiem mandaryńskim (powszechnie: chińskim). Ale angielski jest
najbardziej popularny i najszerzej używany.
Być może nie
zdajemy sobie sprawy w jakiej pozycji stawia to większość nacji. Ci, którzy
posługują się językiem biznesu jako swoją mową ojczystą, zawsze będą mieli
przewagę nad tymi, którzy ten język znają w mniejszym stopniu – choćby
umiejętności uczących się były zadowalające. W biznesie istnieją niuanse, które
czasem bardzo trudno wychwycić i trzeba być naprawdę doskonałym negocjatorem i
znawcą ludzkiej natury, aby zrozumieć naszych partnerów, szefów, współpracowników
czy podwładnych urodzonych i wychowanych wśród innej mowy.
Język zmienia sposób myślenia. W momencie, gdy zaczynamy myśleć w innym
języku, stajemy się kimś innym.
Proces ten nie
jest czymś, co może się dokonać z dnia na dzień. Umiejętność myślenia w innym
języku nabywana jest latami, najczęściej podczas pobytu w innym kraju, podczas
obcowania z inną narodowością. To sprawia, że przesiąkamy inną mentalnością,
innymi zwyczajami, innością terytorium, na którym przebywamy i innym sposobem
myślenia. Uczymy się innej kultury i sami stajemy się jej częścią.
Jednak proces ten
nigdy nie jest tak naprawdę kompletny. Pamiętam mojego wykładowcę od przedmiotu
Intercultural Communication (Komunikacja Międzykulturowa) na University of
Southampton. Był on Chińczykiem i jego angielski był daleki od ideału. Uważałam
go nawet za niewłaściwą osobę do nauki tego przedmiotu…
Ale nie trwało to
długo. Wkrótce po tym, jak zaczął się semestr, opowiedział nam o sobie. Że jest
w Anglii kilkanaście lat. Że nie czuje się już do końca Chińczykiem. Ale też
nie czuje się Anglikiem – nigdy nim nie będzie. Nie zostaje się Anglikiem czy
Brytyjczykiem – to nie jest tytuł, który można zdobyć, to nie jest nawet
brytyjski paszport. To nie jest prawo. To nie jest coś, na co można zapracować.
To nie są idee, to nie jest patriotyzm. Brytyjczykiem
trzeba się urodzić. Tak samo jak trzeba się urodzić Polakiem czy
Chińczykiem. Natomiast mentalność, idee, prawa i – co najważniejsze – język, którym
wyraża się to wszystko – można nabyć, jednocześnie poświęcając część swojej
osobowości. I to sprawia, że już nigdy nie jest się tylko Chińczykiem/Polakiem/Szwajcarem
itd.
To, co mówił mój
wykładowca jest łatwo zrozumieć po kilku latach w innym kraju. Jest się pomiędzy kulturami,
zawieszonym gdzieś w przestrzeni międzynarodowościowej. Powoduje to pewną
wewnętrzną dezorientację, problemy z własną przynależnością, własnym ja, ale
tylko w ten sposób można zrozumieć biznes po obu stronach, minimalizując
przewagę tzw. native speakers.










